Każdy, kto się tu znalazł dziś rano, stał się częścią historii. Ta świadomość uciszała ludzi.
Lori przeniosła swoją uwagę ze świadków na grupę stojącą przy pierwszym samochodzie. Wyłom w wianuszku dyskutantów umożliwił jej dostrzeżenie człowieka pośrodku. Elegancko ubrany, wypolerowane okulary błyszczące w słońcu. Decker trzymał fason. O czym przekonywał: czy o szansie pokojowego wyprowadzenia swojego pacjenta na powietrze? Jeśli miał taki pomysł, został on odrzucony przez jedynego w tym gronie umundurowanego policjanta, szefa policji w Shere Neck, który na jego apel machnął tylko ręką, a potem całkiem wyłączył się z tej dyskusji. Z oddali trudno było odczytać reakcję Deckera, ale wydawało się, że wspaniale panuje nad sobą; nachylił się do ucha innego policjanta, który uważnie skinął głową.
Poprzedniej nocy Lori widziała Deckera jako zdemaskowanego szaleńca. I teraz znów chciała go zdemaskować. Zedrzeć tę fasadę ucywilizowanego zatroskania. Ale jak? Jeśli wyjdzie z ukrycia i rzuci mu wyzwanie (spróbuje wyjaśnić, co widziała i przeżyła w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin) – założą jej kaftan bezpieczeństwa, zanim zipnie.
To on paradował w świetnie skrojonym garniturze, miał doktorat i ustosunkowanych przyjaciół, to on był mężczyzną, głosem rozsądku i analitycznym umysłem, a ona – tyko kobietą! I kto za nią stał? Kochanek szaleniec, od czasu do czasu bestia… Nocna twarz Deckera czuła się całkiem bezpiecznie.
Nagle z wnętrza budynku buchnęły krzyki. Na rozkaz swojego szefa policjanci wymierzyli broń w drzwi frontowe, reszta wycofała się o kilka jardów. Dwaj policjanci z wycelowaną w kogoś bronią wyszli tyłem. Zaraz za nimi, z rękoma skutymi z przodu Boone, który został wypchnięty na światło, które niemal go oślepiło. Próbował odwrócić się od blasku, wycofać do cienia, ale dwaj uzbrojeni mężczyźni popchnęli go naprzód.
Nie pozostało nic ze stwora, którym się stał, ale istniały wystarczające dowody jego głodu. Krew zakrzepła na koszulce aż po pierś, zbryzgała mu twarz i ramiona.
Publiczność wyraziła aprobatę dla działań policjantów na widok zabójcy w kajdankach. Dołączył się Decker, kiwając głową i uśmiechając się, kiedy prowadzono Boone’a, z głową odwróconą od słońca, i wsadzano na tylne siedzenie jednego z samochodów.
Natłok uczuć ogarnął Lori, gdy patrzyła na tę scenę. Ulga, że Boone’a nie zastrzelono na jej oczach mieszała się ze zgrozą, bo wiedziała, kim on jest; wściekłość na grę Deckera i niesmak, że tylu się na to nabrało.
Tak wiele masek. Czy tylko ona nie miała sekretnego życia, żadnego innego „ja” w swoim szpiku czy psychice? Jeśli tak, to może nie było dla niej miejsca w grze pozorów, może Boone i Decker byli tu prawdziwymi kochankami, zmieniającymi twarze, walczącymi ze sobą, ale niezbędnymi sobie.
A ona obejmowała tego człowieka, żądała, żeby on też ją obejmował, przykładała wargi do jego twarzy. Już nigdy tego nie zrobi, wiedząc, co kryło się za jego wargami, za jego oczami. Nigdy nie mogłaby pocałować bestii.
Dlaczego zatem jej serce waliło teraz jak młot?
Subscribe
Leave a Reply